Są takie zdania, które słyszy się w gabinecie lekarskim, a które w ułamku sekundy potrafią przestawić wszystko do góry nogami.
Lekarka stuka w klawiaturę, spogląda na pacjentkę troskliwie nic nie mówiąc, jakby chciała złagodzić coś, wobec czego słowa są bezradne. Pacjentka odpowiada uśmiechem, bo tak się robi, kiedy nie wie się jeszcze, co zrobić z tym, co właśnie usłyszała.
A potem wychodzi z gabinetu i czuje zawrót głowy, poczucie, jakby się oderwała od rzeczywistości.
Kiedy diagnoza przychodzi nagle
To jest moment, który zna wiele osób, może nie identycznie ale w swojej istocie tak samo.
Nagła diagnoza nowotworowa nie przychodzi zapowiedziana, nie czeka aż skończymy realizować plany, aż dokończymy to, co zaczęliśmy. Wchodzi w środek zwyczajnego dnia, podczas rutynowej wizyty lekarskiej i w jednej chwili wszystko, co wydawało się pewne, rozpada się na drobne kawałki.
Pierwszą reakcją bywa strach, ten najbardziej pierwotny, cielesny, atawistyczny, który nie potrzebuje słów, żeby się pojawić.
Zaraz za nim, czasem niemal równocześnie, przychodzi złość, wściekłość na życie, bo czasem diagnoza spada dokładnie wtedy, gdy wreszcie znalazło się kierunek, w którym chce się iść.
Nowe studia, nowy zawód, nadzieja na bycie niezależną, poczucie, że w końcu się wie, co robić w życiu i po co wstaje się rano sprawiają, że życie nabiera sensu.
I dokładnie wtedy, gdy wydaje się, że życie stoi otworem, choroba mówi: „stop”.
„Życie nie jest ani po mojej myśli, ani po mojej stronie”
Myśl, która wtedy przychodzi – „Życie nie jest ani po mojej myśli, ani po mojej stronie” – jest aktem rozpaczy.
To moment, w którym widać różnicę między tym, co się planowało, a tym, co życie przyniosło. To moment symbolicznej śmierci, bo wypływa z niego rezygnacja, cicha myśl:
„Trudno, po prostu umrę”.
To nie jest słabość, to etap przez który przechodzi wiele osób mierzących się z ciężką diagnozą.
Rezygnacji towarzyszy zwykle żal, głębokie niezrozumienie oraz pytanie, które wraca uporczywie:
„Jaki jest sens tego życia? Po co w ogóle żyć, skoro dopiero teraz, gdy poczuło się potrzebnym, ważnym, nakarmionym tym, co się odkryło, życie każe się zatrzymać?”
Pytanie o sens w środku bezsensu
To pytanie o sens, zadawane w środku bezsensu jest jednym z najtrudniejszych doświadczeń choroby i jednym z najbardziej ludzkich.
Nie ma na nie gotowej odpowiedzi.
I choć brzmi to jak strata, właśnie w tym miejscu potrafi pojawić się myśl, która wszystko odwraca.
Dla kogoś może ona brzmieć tak:
„Moje istnienie jest największym sensem tego życia, moja egzystencja ma największe znaczenie”.
I nie jest to ani atawistyczne, ani egoistyczne, budzi ona miłość i współczucie do siebie.
A za nią przychodzi inny rodzaj uwagi: powrót do siebie, do tu i teraz, nie do tego, co ma się wydarzyć za rok ale do tego, co dzieje się teraz, w tym oddechu, w tym miejscu, w tej rozmowie.
I tak, mimo, że na tamtym etapie życie nie było po czyjejś myśli, potrafi okazać, że było po czyjejś stronie.
Diagnoza może stać się początkiem procesu
Diagnoza onkologiczna nie jest wyrokiem wydanym raz na zawsze. Może być początkiem procesu transformacji i powrotu do siebie.
Reakcja szoku jest naturalna. Wewnętrzne zawirowanie, poczucie oderwania od rzeczywistości, a nawet automatyczny uśmiech w gabinecie, to normalne mechanizmy obronne psychiki, nie oznaki słabości.
Nie trzeba przechodzić przez to samemu. Bliscy, grupy wsparcia, psychoonkolodzy, to realne zasoby, z których warto korzystać od pierwszego dnia a nie dopiero wtedy, gdy siły zaczynają się kończyć.
Plany można przebudować, nie trzeba ich porzucać. Życie, które „nie jest po naszej myśli”, wciąż jest życiem, zmienia się jego rytm, ale nie jego wartość.
Kiedy samo istnienie staje się sensem
To, co dzieje się w chwili diagnozy, jest bolesne, ale bywa też punktem zwrotnym w innym sensie, uczy dostrzegać to, co istotne.
Strach, złość, rezygnacja, żal, pytanie o sens to droga, która czasem prowadzi do odkrycia, że sens życia nie musi leżeć na zewnątrz, w dyplomie, karierze, zrealizowanym planie, że może leżeć w samym istnieniu.
W tym, że się jest, że zwykłe, codzienne bycie, oddychanie, obecność drugiego człowieka i świata wokół, może stać się najważniejszą rzeczą na świecie, ważniejszą niż jakikolwiek plan.
Jeśli ktoś z Was stoi teraz w progu takiego gabinetu…
Jeśli ktoś z Was stoi teraz w progu takiego gabinetu, ze zwyczajnym uśmiechem na twarzy i chaosem w głowie, niech wie, że nie jest sam i że ten strach, ta złość, ta rezygnacja i ten żal mają prawo się pojawić.
I że nawet w bezsensie, który przynosi choroba, można odnaleźć sens najprostszy z możliwych:
że własne istnienie jest już wystarczającym powodem, by trwać.
O autorce:
Suela Wójcikiewicz – psychoonkolożka i psychoterapeutka pracująca w nurcie Gestalt
W swojej pracy towarzyszy osobom dorosłym doświadczającym kryzysów, trudności emocjonalnych i relacyjnych oraz osobom mierzącym się z chorobą nowotworową.



