Przez lata pracy jako psychoterapeutka Gestalt usłyszałam to pytanie wiele razy : „Dlaczego wciąż ratuję partnera?”. Za każdym razem wypowiadane było trochę inaczej, ale kryło w sobie tę samą bezradność i próbę zrozumienia własnej historii.
„Nie rozumiem, dlaczego znowu znalazłam się w podobnym związku.”
To zdanie nie zawsze padało od razu. Czasem dopiero po kilku spotkaniach, kiedy pojawiało się więcej zaufania. Na początku częściej słyszałam opowieść o partnerze – o jego problemach, trudnym dzieciństwie, obietnicach poprawy, kolejnych próbach ograniczenia picia, chwilach bliskości przeplatanych rozczarowaniem. Dopiero z czasem rozmowa zaczynała dotyczyć osoby siedzącej naprzeciwko mnie.
Zauważyłam, że wiele osób, które dorastały w rodzinach z problemem alkoholowym, zadaje sobie podobne pytanie: dlaczego po raz kolejny zakochałam się w kimś, kto bardziej potrzebuje ratunku niż partnerstwa?
Nie ma jednej odpowiedzi. Nie istnieje też prosty schemat wyjaśniający ludzkie wybory. Każdy człowiek jest inny, każda historia jest niepowtarzalna, a doświadczenia z dzieciństwa nigdy nie determinują naszej przyszłości. Mogą jednak wpływać na to, jak rozumiemy bliskość, jak reagujemy na napięcie i czego – często nieświadomie – szukamy w relacjach.
W tym artykule chciałabym opowiedzieć o wzorcach, które wielokrotnie obserwowałam w pracy terapeutycznej. Nie po to, aby kogokolwiek oceniać czy przypinać etykiety, ale żeby lepiej zrozumieć, jak doświadczenia z dzieciństwa mogą wpływać na dorosłe życie i jak psychoterapia pomaga stopniowo odzyskiwać kontakt z własnymi potrzebami.
Opisany poniżej przykład nie jest historią jednej osoby. Powstał z doświadczeń wielu Klientów, z którymi pracowałam przez lata. Wszystkie szczegóły zostały zmienione, tak aby zachować pełną poufność.
„Przecież wiedziałam, że to się źle skończy…”
Anna ma trzydzieści dwa lata. Jest świetnie wykształcona, odpowiedzialna i lubiana w pracy. Przyjaciele mówią o niej, że zawsze można na nią liczyć. Sama przyznaje, że trudno jej odmówić pomocy, nawet wtedy, gdy jest już bardzo zmęczona.
Do gabinetu zgłasza się kilka miesięcy po rozstaniu.
Opowiada o partnerze, który początkowo wydawał się ciepły, uważny i zaangażowany. Z czasem coraz częściej pojawiał się alkohol. Najpierw tylko w weekendy. Później po stresującym dniu w pracy. W końcu niemal codziennie.
Mówi o niezliczonych rozmowach, obietnicach i kolejnych „ostatnich razach”. O tym, że szukała specjalistów, czytała o uzależnieniu, tłumaczyła jego zachowanie rodzinie i znajomym. Zawsze wydawało jej się, że jeśli znajdzie właściwe słowa albo okaże wystarczająco dużo cierpliwości, wszystko się zmieni.
Kiedy pytam, co było dla niej w tym wszystkim najtrudniejsze, długo milczy.
– Chyba to, że przestałam wiedzieć, co ja właściwie czuję – odpowiada po chwili.
Na kolejnych spotkaniach coraz częściej wraca do swojego dzieciństwa.
Ojciec pił od wielu lat. Mama również coraz częściej sięgała po alkohol.
W domu nigdy nie było wiadomo, jaki będzie wieczór. Czasami panował spokój. Innym razem wystarczył drobiazg, żeby pojawiła się awantura. Anna szybko nauczyła się rozpoznawać nastroje dorosłych, przewidywać zagrożenie i robić wszystko, aby nie dokładać problemów.
Była „dzielnym dzieckiem”. Nie sprawiała kłopotów. Dobrze się uczyła. Pomagała.
I bardzo wcześnie uwierzyła, że troszczenie się o innych jest ważniejsze niż pytanie o to, czego sama potrzebuje.
To nie jest historia o słabości
Kiedy słyszymy podobne historie, łatwo zadać pytanie: „Dlaczego nie odeszła wcześniej?”.
Z perspektywy psychoterapii Gestalt ciekawsze wydaje się jednak inne pytanie:
Jakiego świata nauczyła się jako dziecko i jak ten świat nadal żyje w jej dorosłych relacjach?
To pytanie zmienia perspektywę. Przestajemy szukać winy. Zaczynamy szukać znaczenia.
Dziecko wychowujące się w rodzinie, w której opiekunowie są nieprzewidywalni, nie uczy się przede wszystkim tego, że istnieje alkohol. Uczy się czegoś znacznie głębszego – że bezpieczeństwo jest kruche, że trzeba nieustannie obserwować otoczenie, przewidywać zachowania innych i dostosowywać się, aby utrzymać choć odrobinę spokoju.
Z punktu widzenia Gestalt nie są to „wadliwe mechanizmy”. Są to twórcze przystosowania – najlepsze sposoby, jakie dziecko mogło znaleźć, aby poradzić sobie w rzeczywistości, na którą nie miało wpływu.
Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy strategie, które kiedyś pomagały przetrwać, pozostają jedynym znanym sposobem budowania relacji także w dorosłym życiu.
To właśnie dlatego tak wiele osób mówi później:
„Zawsze wybieram podobnych partnerów.”
Choć w rzeczywistości nie wybierają cierpienia. Wybierają to, co ich organizm rozpoznaje jako znajome.
- Dlaczego powtarzamy podobne wzorce relacyjne?
Jednym z najczęstszych pytań, jakie słyszę od Klientów, jest: „Dlaczego znowu wybrałam podobnego partnera?”. Często towarzyszy mu przekonanie, że problem wynika z „braku rozsądku”, „zbyt dużej naiwności” albo „złego charakteru”. Tymczasem współczesna psychologia proponuje znacznie bardziej złożone spojrzenie.
Coraz więcej badań wskazuje, że sposób budowania bliskich relacji w dorosłości kształtuje się przede wszystkim w najwcześniejszych doświadczeniach z opiekunami. Nie oznacza to, że dzieciństwo determinuje całe nasze życie. Oznacza jednak, że pierwsze relacje stają się swoistą „mapą”, na podstawie której uczymy się, czym jest bliskość, bezpieczeństwo i zaufanie (Bowlby, 1988).
Twórca teorii przywiązania, John Bowlby, opisywał więź z opiekunem jako biologicznie uwarunkowaną potrzebę człowieka. Dziecko nie szuka jedynie opieki fizycznej – potrzebuje również emocjonalnej dostępności osoby, która pomoże mu regulować napięcie, rozumieć własne emocje i stopniowo budować poczucie bezpieczeństwa. To właśnie z tych doświadczeń powstają tzw. wewnętrzne modele operacyjne – przekonania dotyczące siebie, innych ludzi i relacji, które często pozostają aktywne również w dorosłym życiu (Bowlby, 1988).
Jeżeli opiekun jest przewidywalny i dostępny emocjonalnie, dziecko uczy się, że świat jest miejscem względnie bezpiecznym, a bliskość może przynosić ukojenie. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja, gdy dorasta w domu, w którym codzienność podporządkowana jest uzależnieniu.
W rodzinie z problemem alkoholowym nieprzewidywalność często staje się codziennym doświadczeniem. Dziecko nie wie, w jakim nastroju wróci rodzic, czy będzie można spokojnie zjeść kolację, czy wieczór zakończy się awanturą, czy ciszą pełną napięcia. Organizm uczy się więc nie tyle odpoczynku, ile nieustannego monitorowania otoczenia. W literaturze opisuje się ten stan jako przewlekłą aktywację systemów odpowiedzialnych za wykrywanie zagrożenia, która z czasem może wpływać na sposób regulowania emocji i budowania relacji interpersonalnych (Schore, 2003; Siegel, 2012).
Pracując z osobami wychowanymi w takich rodzinach, często zauważam, że ich niezwykła uważność na emocje innych była kiedyś umiejętnością ratującą. Kilkuletnie dziecko, które potrafi rozpoznać zmianę tonu głosu rodzica czy napięcie pojawiające się w domu, zwiększa swoje szanse na uniknięcie niebezpiecznej sytuacji. Problem pojawia się wtedy, gdy ta sama strategia pozostaje dominującym sposobem funkcjonowania również w dorosłych związkach.
Z perspektywy psychoterapii Gestalt powiedzielibyśmy, że organizm dokonuje twórczego przystosowania. Dziecko znajduje najlepszy możliwy sposób poradzenia sobie w warunkach, na które nie ma wpływu. Trudność nie polega więc na tym, że takie przystosowanie powstało. Przeciwnie – było ono wyrazem ogromnej zdolności do adaptacji. Cierpienie pojawia się dopiero wtedy, gdy dawny sposób chronienia siebie staje się jedynym dostępnym sposobem pozostawania w relacji (Perls, Hefferline, & Goodman, 1951/1994; Yontef & Jacobs, 2014).
Badania dotyczące dorosłych dzieci osób uzależnionych pokazują, że częściej niż osoby wychowane w rodzinach bez problemu uzależnienia doświadczają trudności w zaufaniu, regulacji emocji, budowaniu bezpiecznej bliskości oraz stawianiu granic. Jednocześnie autorzy podkreślają, że nie jest to zależność nieuchronna. Wielu dorosłych, dzięki wspierającym relacjom, terapii czy innym doświadczeniom korekcyjnym, buduje satysfakcjonujące i bezpieczne związki (Kearns-Bodkin & Leonard, 2008).
Ta perspektywa jest mi szczególnie bliska. W gabinecie nie interesuje mnie odpowiedź na pytanie: „Co jest z Tobą nie tak?”. Znacznie bardziej ciekawi mnie: „Jakiego świata nauczyłaś się jako dziecko i jak ten świat organizuje Twoje doświadczenie dzisiaj?”. To pytanie otwiera przestrzeń do zrozumienia zamiast oceniania.
Osoby, które dorastały w rodzinie z problemem alkoholowym, nie wybierają świadomie cierpienia. Znacznie częściej ich organizm rozpoznaje jako znajome to, co kiedyś było codziennością: konieczność przewidywania nastrojów drugiej osoby, przejmowanie odpowiedzialności za relację czy odkładanie własnych potrzeb na później. Dopiero uświadomienie sobie tych wzorców stwarza możliwość dokonania nowych wyborów.
- Kiedy troska o drugiego staje się utratą kontaktu ze sobą
Jest taki moment w terapii, który zawsze szczególnie mnie porusza.
Klientka przez kilkanaście minut opowiada o swoim partnerze. O tym, że znowu obiecał, że przestanie pić. O jego trudnym dzieciństwie. O problemach w pracy. O relacji z ojcem. O kolejnej kłótni, po której przepraszał i zapewniał, że „tym razem będzie inaczej”. Słyszę wiele szczegółów. Widzę, jak dobrze rozumie jego emocje, lęk, wstyd i samotność.
A potem zadaję jedno, bardzo proste pytanie:
– A co dzieje się teraz z Tobą, kiedy mi o tym opowiadasz?
Zapada cisza.
Czasem trwa kilka sekund. Czasem znacznie dłużej.
Po chwili słyszę odpowiedź, która przez lata pracy wracała do mnie wielokrotnie:
– Nie wiem…
Nie odbieram tej odpowiedzi jako braku refleksji czy samoświadomości. Przeciwnie. Najczęściej widzę w niej historię człowieka, który przez wiele lat musiał kierować uwagę przede wszystkim na innych.
Kiedy czujność staje się sposobem życia
Dziecko wychowujące się w rodzinie z problemem alkoholowym bardzo wcześnie uczy się obserwować otoczenie. Nie dlatego, że jest wyjątkowo odpowiedzialne czy dojrzałe. Robi to dlatego, że od tego często zależy jego poczucie bezpieczeństwa.
Czy tata wróci dziś trzeźwy? Czy mama jest spokojna, czy lepiej niczego nie mówić?
Czy mogę poprosić o pomoc, czy tylko pogorszę sytuację? Czy dzisiaj będzie spokojny wieczór?
Takie pytania rzadko są wypowiadane na głos. Z czasem stają się sposobem funkcjonowania organizmu. Układ nerwowy uczy się nieustannie monitorować otoczenie, wychwytywać najmniejsze sygnały zmiany nastroju i przewidywać zagrożenie. Z perspektywy neurobiologii jest to zrozumiała adaptacja do środowiska, w którym bezpieczeństwo było nieprzewidywalne (Schore, 2003; Siegel, 2012).
Kiedy patrzę na to z perspektywy psychoterapeutki, nie widzę „nadwrażliwości”. Widzę dziecko, które nauczyło się przetrwać najlepiej, jak potrafiło.
To nie jest słabość. To jest twórcze przystosowanie.
Jednym z pojęć, które szczególnie cenię w psychoterapii Gestalt, jest twórcze przystosowanie. Fritz Perls, Ralph Hefferline i Paul Goodman (1951/1994) opisali je jako naturalną zdolność organizmu do znajdowania najlepszego możliwego sposobu funkcjonowania w danych warunkach.
Ta perspektywa jest mi bardzo bliska, ponieważ zmienia sposób patrzenia na człowieka.
Zamiast pytać:
„Dlaczego ona pozwala się tak traktować?”
zaczynamy pytać:
„Jaką funkcję pełniło kiedyś takie zachowanie?”
Być może jako kilkuletnia dziewczynka nauczyła się, że kiedy jest spokojna, pomocna i przewiduje potrzeby dorosłych, w domu jest odrobinę mniej napięcia.
Być może odkryła, że własny płacz tylko pogarsza sytuację.
Być może złość była niebezpieczna.
A proszenie o pomoc kończyło się rozczarowaniem.
Jeżeli przez wiele lat takie doświadczenia się powtarzają, organizm nie zapisuje ich jako pojedynczych wspomnień. Zapisuje je jako wiedzę o świecie.
To właśnie dlatego tak często mówię Klientom:
To, co kiedyś pomagało Ci przetrwać, nie jest błędem. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy ta sama strategia zaczyna kierować całym dorosłym życiem.
Gdzie w tym wszystkim znikam ja?
Zdarza się, że podczas sesji Klientka z ogromną dokładnością opisuje emocje partnera.
Wie, kiedy jest zawstydzony. Kiedy się boi. Kiedy prawdopodobnie znowu sięgnie po alkohol.
Kiedy potrzebuje wsparcia.
A kiedy pytam:
– A co Ty czujesz?
ponownie pojawia się cisza. Nie dlatego, że nie ma uczuć.
Dlatego, że przez wiele lat znacznie ważniejsze było rozpoznawanie emocji innych niż własnych.
W psychoterapii Gestalt mówimy wtedy o świadomości (awareness). Nie chodzi wyłącznie o intelektualne rozumienie swojej historii. Świadomość oznacza żywy kontakt z tym, co dzieje się właśnie teraz – z oddechem, napięciem w ciele, emocjami, myślami, potrzebami oraz z tym, co wydarza się w relacji z drugim człowiekiem (Yontef, 1993).
Z mojego doświadczenia wynika, że właśnie od tego miejsca najczęściej zaczyna się zmiana.
Nie od nauki asertywności. Nie od listy granic. Nie od decyzji o rozstaniu.
Ale od prostego pytania:
Co dzieje się teraz ze mną?
Kiedy „my” zastępuje „ja”
W języku psychoterapii Gestalt taki sposób funkcjonowania można rozumieć między innymi przez pojęcie konfluencji. Oznacza ono taki sposób pozostawania w relacji, w którym granica między „ja” i „ty” staje się mniej wyraźna (Yontef & Jacobs, 2014).
Nie oznacza to utraty własnej tożsamości. Raczej stopniowe przesuwanie uwagi z własnego doświadczenia na doświadczenie drugiego człowieka.
Słyszę wtedy zdania:
„My znowu mamy problem z alkoholem.”
„Musimy bardziej się postarać.”
„Musimy znaleźć mu lepszego terapeutę.”
Zwracam uwagę na słowo „my”.
Choć to partner zmaga się z uzależnieniem, odpowiedzialność za rozwiązanie problemu stopniowo staje się wspólnym ciężarem.
Z czasem pojawia się jeszcze coś bardziej subtelnego.
Coraz trudniej odpowiedzieć na pytanie:
„A czego Ty potrzebujesz?”
Nie dlatego, że potrzeby zniknęły. One po prostu przez lata schodziły na dalszy plan.
Odzyskiwanie kontaktu
Jednym z najpiękniejszych momentów terapii jest chwila, w której Klientka po raz pierwszy zatrzymuje się przy sobie.
Nie mówi już wyłącznie o partnerze.
Zaczyna zauważać napięcie w barkach.
Ścisk w żołądku.
Łzy, które od dawna próbowała powstrzymywać.
Złość, której przez lata nie wolno było czuć.
I czasem, po wielu tygodniach wspólnej pracy, wypowiada zdanie, które brzmi zwyczajnie, a jednocześnie jest niezwykle ważne:
„Pierwszy raz od bardzo dawna zastanawiam się, czego ja właściwie chcę.”
Dla wielu osób właśnie od tego pytania zaczyna się prawdziwa zmiana.
Nie dlatego, że świat nagle staje się prostszy.
Ale dlatego, że po raz pierwszy od wielu lat wracają do najważniejszej relacji — relacji z samym sobą.
Wracając do opisywanej wcześniej Klientki, w kontekście pierwszej „małej”, ale ważnej zmiany u Anny, zauważyłam, że po jednej z sesji powiedziała ona coś, czego wcześniej nigdy by nie zauważyła.
„Pierwszy raz wróciłam do domu i zamiast zastanawiać się, co czuje on, usiadłam na kanapie i zapytałam samą siebie, dlaczego od rana boli mnie brzuch.”
Po raz pierwszy od dawna Anna zaczęła odzyskiwać kontakt ze sobą.
- Jak wygląda proces zdrowienia?
Po przeczytaniu poprzednich części tego artykułu niektórzy mogą pomyśleć, że skoro dzieciństwo tak silnie wpływa na nasze późniejsze relacje, to niewiele da się z tym zrobić.
Na szczęście moje doświadczenie terapeutyczne mówi coś zupełnie innego.
To prawda, że nie możemy zmienić historii. Nie sprawimy, że rodzice nagle staną się tymi rodzicami, których potrzebowaliśmy jako dzieci. Nie wymażemy wspomnień ani doświadczeń, które przez lata kształtowały sposób patrzenia na siebie i innych.
Możemy jednak zmienić sposób, w jaki ta historia żyje w naszym obecnym życiu.
To właśnie dlatego tak bardzo lubię myśleć o psychoterapii nie jako o naprawianiu człowieka, ale jako o odzyskiwaniu kontaktu z tym, co przez lata musiało zostać schowane.
Zmiana rzadko zaczyna się od wielkich decyzji
W gabinecie wiele osób mówi:
„Muszę nauczyć się odchodzić.”
„Muszę wreszcie postawić granice.”
„Muszę przestać ratować innych.”
Paradoksalnie bardzo rzadko od tego zaczynamy.
Znacznie częściej pierwszym krokiem jest nauczenie się zauważania siebie.
Brzmi to bardzo prosto. A jednocześnie dla wielu osób okazuje się jednym z najtrudniejszych doświadczeń.
Bo jak odpowiedzieć na pytanie:
„Czego teraz potrzebujesz?”
jeżeli przez kilkadziesiąt lat ważniejsze było pytanie:
„Czego potrzebują inni?”
Dlatego w terapii często uczymy się rzeczy, które dla większości ludzi wydają się oczywiste.
Jak rozpoznać napięcie we własnym ciele.
Jak zauważyć moment, w którym zaczynam zgadzać się na coś wbrew sobie.
Jak odróżnić poczucie odpowiedzialności od poczucia winy.
Jak usłyszeć własną złość, zanim zamieni się w bezsilność albo wyczerpanie.
To nie są małe zmiany.
To są fundamenty budowania nowej relacji z samym sobą.
Anna
Po kilku miesiącach terapii Anna opowiedziała mi o sytuacji, która z pozoru wydawała się zupełnie zwyczajna.
Partner zadzwonił późnym wieczorem. Powiedział, że znowu wypił. Prosił, żeby przyjechała.
Jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie zastanawiałaby się ani chwili.
Ubierałaby się. Wsiadła do samochodu. Próbowała go uspokoić. Rozmawiała z nim do rana.
Następnego dnia poszłaby niewyspana do pracy.
Tym razem było inaczej….Nie dlatego, że przestała go lubić. Nie dlatego, że przestała współczuć.
Powiedziała tylko:
„Widzę, że jest Ci bardzo trudno. Mam nadzieję, że skontaktujesz się jutro ze swoim terapeutą. Ja dzisiaj nie przyjadę.”
Kiedy opowiadała o tej sytuacji, zauważyłam, że najbardziej zaskoczyło ją nie zachowanie partnera.
Najbardziej zdziwiła ją… ona sama.
Powiedziała:
„Pierwszy raz odmówiłam i nie czułam, że jestem złą osobą.”
Pomyślałam wtedy, że właśnie wydarzyło się coś naprawdę ważnego.
Nie dlatego, że postawiła granicę. Ale dlatego, że przestała utożsamiać troskę z rezygnacją z siebie.
Granice nie są murem
Słowo „granice” zrobiło w ostatnich latach ogromną karierę.
Czasem mam jednak wrażenie, że zaczęło kojarzyć się z odcinaniem ludzi od siebie.
Z perspektywy Gestalt rozumiem je trochę inaczej.
Granica kontaktu nie oddziela ludzi. Ona umożliwia prawdziwe spotkanie. Dzięki niej mogę powiedzieć:
„Widzę Twój ból.”
i jednocześnie:
„Nie mogę przeżyć go za Ciebie.”
Mogę kochać. Mogę współczuć. Mogę być blisko.
Ale nie muszę przestawać być sobą.
To właśnie dlatego odzyskiwanie granic nie oznacza stawania się bardziej egoistycznym.
Oznacza stawanie się bardziej obecnym.
Zaczynam słyszeć siebie
Zdarza się, że po wielu miesiącach terapii pytam Klientkę dokładnie o to samo, o co pytałam na pierwszym spotkaniu:
„Co dzieje się teraz z Tobą?”
Odpowiedź brzmi już zupełnie inaczej.
„Czuję, że zrobiło mi się smutno.”
„Zauważyłam, że zaciskam dłonie.”
„Jest mi trudno.” „Jestem zła.” „Potrzebuję odpoczynku.”
To krótkie zdania.
Ale dla wielu osób są czymś zupełnie nowym. Przez lata ich uwaga była skierowana na zewnątrz. Teraz powoli wraca do środka. Nie po to, żeby przestać dostrzegać innych.
Ale po to, żeby wśród nich nie zgubić siebie.
Zdrowienie nie polega na tym, że już nigdy nie popełnimy podobnych błędów
Nie wierzę w terapię, po której człowiek staje się odporny na cierpienie.
Nie wierzę również, że można całkowicie uwolnić się od wpływu własnej historii.
Wierzę natomiast, że można nauczyć się rozpoznawać moment, w którym dawny sposób przetrwania ponownie przejmuje kontrolę.
Można zatrzymać się. Wziąć oddech. Zapytać siebie:
„Czy to jest mój świadomy wybór, czy raczej stary sposób radzenia sobie z lękiem?”
To pytanie często staje się początkiem czegoś nowego.
Nie idealnego. Ale bardziej świadomego.
Na zakończenie
Kiedy wracam myślami do osób, z którymi miałam zaszczyt pracować przez ostatnie lata, widzę przede wszystkim ogromną odwagę.
Nie odwagę do odchodzenia. Nie odwagę do konfrontacji.
Ale odwagę, by po wielu latach zatrzymać się i zadać sobie pytania, których wcześniej nie było przestrzeni usłyszeć.
Co czuję? Czego potrzebuję? Jakiej relacji naprawdę pragnę?
Psychoterapia Gestalt nie daje gotowych odpowiedzi na te pytania.
Tworzy natomiast bezpieczną przestrzeń, w której można zacząć ich szukać.
Bo największa zmiana często nie zaczyna się wtedy, gdy zmienia się druga osoba.
Największa zmiana zaczyna się wtedy, gdy po raz pierwszy od bardzo dawna wracamy do siebie. I dopiero wtedy możemy zacząć budować most do własnych emocji, potrzeb, granic i relacji z drugim człowiekiem.
I być może właśnie to jest najgłębszym znaczeniem zdrowienia.
Nie stajemy się kimś zupełnie nowym.
Coraz odważniej stajemy się sobą.
Być może właśnie o tym jest psychoterapia Gestalt.
Nie o stawaniu się kimś innym.
O odwadze, by coraz pełniej stawać się sobą.
Autorka
Beata Molska
Certyfikowana Psychoterapeutka Gestalt (EAGT)
Współzałożycielka poradni
Most do siebie – przestrzeń rozwoju i psychoterapii Sp. z o.o.
Bibliografia:
Bowlby, J. (1988). A Secure Base: Parent-Child Attachment and Healthy Human Development. Basic Books.
Kearns-Bodkin, J. N., & Leonard, K. E. (2008). Relationship functioning among adult children of alcoholics. Journal of Studies on Alcohol and Drugs, 69(6), 941–950.
Perls, F. S., Hefferline, R. F., & Goodman, P. (1994). Gestalt Therapy: Excitement and Growth in the Human Personality. Gestalt Journal Press. (Oryginał opublikowany w 1951 r.).
Schore, A. N. (2003). Affect Dysregulation and Disorders of the Self. W. W. Norton.
Siegel, D. J. (2012). The Developing Mind (2nd ed.). Guilford Press.
Yontef, G., & Jacobs, L. (2014). Gestalt therapy. W D. Wedding & R. J. Corsini (Red.), Current Psychotherapies (10th ed.). Cengage Learning.
Yontef, G. (1993). Awareness, Dialogue and Process: Essays on Gestalt Therapy. Gestalt Journal Press.



